Phil Collins – Face Value

W zeszłym tygodniu przywróciłem do sprawności swój stojący od 3 lat i zbierający kurz gramofon. Dlatego od teraz możecie się spodziewać częstszych powrotów do klasyki za sprawą mojej kolekcji winyli. Na pierwszy ogień idzie Phil Collins ze swoim debiutanckim solowym albumem Face Value.

Krążek ten znalazłem kilka lat temu na jakimś berlińskim pchlim targu. Płytę odkopałem na którymś ze stoisk i kupiłem za kilka euro mimo, że o Philu Collinsie za wiele nie wiedziałem. Ba, nadal nie wiem. Znałem „In The Air Tonight” i to obecność tego właśnie utworu na trackliście przesądziła o tym, że Face Value zabrałem wtedy ze sobą do domu. Był to jeden z singli wokalisty i perkusisty Genesis, który znałem i bardzo lubiłem. Sprawdźcie jak przy okazji wizyty u Jimmy’ego Fallona, Collins wyjaśnia genezę powstania tej piosenki.

Ale wracając do płyty. Tak jak wspominałem, o Philu Collinsie za wiele nie wiem, więc przed pisaniem tego tekstu, zrobiłem niewielki research na temat genezy powstania krążka. Podczas gdy w Genesis, macierzystej grupie artysty, pojawił się zastój twórczy, pracoholik Collins nie mógł usiedzieć z założonymi rękoma. Musiał tworzyć. Niestety jego pracoholizm przełożył się na niepowodzenie w życiu rodzinnym. Odeszła od niego żona zabierając ze sobą dzieci. Gniew, który towarzyszył wtedy Philowi był bezpośrednią inspiracją do powstania albumu.

Miałem żonę, dwoje dzieci, dwa psy, a następnego dnia straciłem wszystko. Wiele z tych piosenek zostało napisanych, bo przechodziłem przez te emocjonalne zmiany.

Albumu nie zestarzał się ani trochę. Wykorzystanie automatów perkusyjnych, czy też modulacji głosu za pomocą vocodera sprawiają, że krążek (mimo, że wydany w 1981.) brzmieniowo jest wciąż aktualny w 2017 roku. Wydaje mi się nawet, że teraz jest bardziej aktualny niż chociażby 10 lat temu. Dlatego zachęcam Was, żebyście w zalewie świeżych premier znaleźli też czas dla tego staruszka, który udowadnia, że wiek nie ma znaczenia.

Chcesz więcej?

Dodaj komentarz